czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 2 "Istnieje, czy nie?"

Pewna parka obserwowała całą akcję zza krzaków.
- Anka, czemu tu siedzimy?
Rudowłosa dziewczyna nazwana Anką, spojrzała na chłopaka.
- Nie widzisz? Tam jest Jack!
- Nikogo. Nie. MA!
- Jest!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
Kłócili się jeszcze przez chwilę. W końcu ruda odwróciła się, bo najwyraźniej nie miała ochoty na sprzeczki. Blondyn tymczasem zapierał się, że nikogo nie widzi, ale jedyną istotą, która go słuchała był renifer. Nagle zaczęło się coś dziać. Anna odwróciła szybko głowę i zacisnęła oczy. W tym samym czasie białe światło wymazywało wspomnienia Jack'a. Kiedy rudowłosa znów odważyła się zerknąć, było już po wszystkim, a Elsa chowała przedmiot do kieszeni. Anna musiała wsadzić sobie pięść do ust, aby nie krzyknąć. Spojrzała na naburmuszonego blondyna, aby przekazać mu informację, ale gdy zaczęła mówić, popatrzył na nią zdezorientowany. Nagle przypomniała sobie, że nie wyjęła ręki z ust. Natychmiast pozbyła się "knebla" i opowiedziała, co zobaczyła.
- A teraz pewnie Jack nie zna żadnej Elsy ani nie pamięta żadnej "Krainy lodu". Nie wie, że istniejemy.
- Fajna bajka.
- To samo czułam wśród "kamieni".
Znów rozgarnęła liście.
- Uważałaś mnie za obłąkanego?
- A ty uważasz mnie za świruskę?!
- ...no...
- No to tak.
_____________________________________

Wredna baba. Bardzo wredna. Tak wredna, że wredniejszej się nie da. Wredna i tyle. Znam jakieś inne słowa...? A tak. Wredota. Wiedźma.
A Mrok? Bezuczuciowy, durny dureń. Chociaż to bardziej do Kangura pasuje. Kurde, brak określenia...

Siedziałem skuty pod tym drzewem i myślałem o tym, jak chętnie bym walnął tą platynkę... oczywiście gdyby była facetem. Bo tak to nie... Czemu wrogów się nie wybiera...?
Kilkakrotnie usiłowałam zniszczyć te kajdany, ale nie mogłem. Po prostu.
Nagle usłyszałem szmery gdzieś w krzakach. Spróbowałem wstać, ale łańcuchy zabrzęczały tak głośno, że obudziłyby trupa. Dałem za wygraną. Te "ktosie" zbliżały się. A co jak to bałwany, albo Koszmary? Na szczęście okazali się miłą parą i reniferem. To on tak stukał kopytami. A ja myślałem, że Koszmary. Podeszli.
- Hej, nic ci nie jest, Jack?
Dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną. Za to chłopak był znudzony.
- Jestem pewien, że... co tu robią kajdany z lodu?!
- Odpoczywają.
Ruda uśmiechnęła się.
- Przynajmniej humoru nie straciłeś. Więc tak. Kim jesteś?
- Jack Frost, Strażnik zabawy. Po co pytasz?
- Więc nie całą pamięć... wiesz kim ja jestem?
- Niby skąd mógłbym wiedzieć? A właśnie. Jak masz na imię?
- Aa...alicja...
- Ok. A ten tu?
- To...
- Kevin. Jestem Kevin.
Ala zmierzyła blondyna wzrokiem.
- Widzisz go?
- Wybacz Aluś. Pojęcia nie miałem...
- Widzisz!
Dziewczyna podskoczyła klaszcząc w dłonie i uwiesiła się mu na szyi.
- Halo, skoro ustaliliśmy, że tu jestem, to może byście mi pomogli?
To aż dziwne, jak szybko można spoważnieć. Ala natychmiast puściła Kevina i otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Kev, weź te swoje... co to było?
- Dłuto. Dobra stary, zaraz będziesz wolny.
- Nie jestem stary! Mam jedynie 320 lat!
Poszedł do renifera. Skądś ich znam...
- To ty jesteś mamą Rue i Davida? - przytaknęła - cudowne dzieciaki. Szkoda tylko, że mama często psuje zabawę.
Naburmuszyła się, ale widać było jak próbuje ukryć uśmiech.
- Czasami przesadzasz. Mogą się przeziębić!
- Lubisz lód. Masz siostrę. Coś ukrywasz.
Speszyła się. Powiedziałem coś nie tak?
- Taaak... mam siostrę... to Eee...ewa. Tak, Ewa. Często się bawiłyśmy. Najbardziej kochałyśmy śnieg... - spochmurniała - pewnego dnia, Ewa ciężko zachorowała. Prawie zmarła. Żyje, ale jest gdzieś daleko... tam, gdzie jest "lepsze powietrze".
- Oups...
- Nie, spokojnie. Ty też nie miałeś lekko.
Nagle wrócił Kevin.
- No dobra ludzie...
- I duchy zimy.
- No dobra ludzie i duchy zimy... au!
Kopytny trzepnął go porożem.
- I renifery!
- I renifery. Zaraz będzie po wszystkim.
- Ok. Dzięki.
Wyszczerzył zęby. Uklęknął i zaczął rozbijać lód, ale wtedy...
_____________________________________

- Powtarzam po raz kolejny, nie ma szans, żeby uciekł!
- Są. I to duże. Elsuś, posłuchaj mnie...
- Nie! Moja siostra nie żyje! A ty doskonale o tym wiesz, Hans!
- Kotku...
- NIE KOTKUJ MI TU!!
- SPOKÓJ!!!
Spojrzeli w stronę drzwi. Mrok stał w nich i pocierał skronie. (opuszkami palców, jakby co)
- Dość! Jesteśmy sojusznikami. - podszedł do stołu i położył dłonie na blacie - chyba nie chcecie, abym zerwał sojusz? Jednym ruchem ręki mogę zesłać na was koszmary do końca życia. A tego byśmy nie chcieli...
Jego ironiczny głos jeszcze przez chwilę wisiał w powietrzu. W końcu Hans przerwał ciszę.
- Mam pomysł.
Elsa i Pitch spojrzeli na niego pytająco. Zwrócił się do platynki.
- Sprowadzisz tu Jack'a.
_____________________________________

Hej!
Mam nadzieję, że się spodoba :)
Nie martwcie się tym, że akcja szybko się rozwija. Tak naprawdę, tego wszystkiego będzie ogromna ilość. To dopiero początek ;)
Pa!

środa, 6 stycznia 2016

Rozdział 1 "Znowu kłopoty"

Siedzieć pod drzewem i gapić na okolicę, czego chcieć więcej? Tsa, genialne zajęcie sobie znalazłem, nie? Same nudy, śnieg, jezioro, drzewa, portal, drzewa, krzaki, mówiłem już, że drzewa? No. Chwila... wróć! Portal?! Chyba się w coś wpakowałem. Nawet siedzieć pod drzewem nie można bez żadnej afery?! Z tej dziury w powietrzu wyszła jakaś platynka. Zaraz. Jakaś? Nie, to ta Elsa z "Krainy lodu"! O kurka wodna. Mogę prosić o autograf?
- Hej.
- Hej. Będziesz siedzieć pod drzewem, czy wstaniesz i przywitasz się jak trzeba? 
- Jasne... 
Poderwałem się z ziemi i wyciągnąłem rękę. Uścisnęła ją krótko, po czym otarła rękę o spodnie. Mam nadzieję, że to tylko odruch. 
- Jestem Jack Frost... 
- Wiem. 
Powiedziała to najbardziej pogardliwie jak się dało. Chyba jednak to nie był odruch... 
- Jeden z tych "Strażników marzeń", tak? Strażnicy. W którym momencie oni czegokolwiek bronili, hm?! Niby kiedy? Zawsze byli czymś zajęci... nigdy nie poznali dzieci. Za to Pitch... on interesował się nimi. Wie tyle o małych, że zawstydziłby z łatwością wszystkich tych nudziarzy. 
- Uch... jasne. To ten... widziałem film. Scenariusz to twoje dzieło, czy twojej siostry? 
- Nie mam siostry. Tak, to mój scenariusz. 
- Aha... skąd pomysł na Annę?
- A tak jakoś... Jamie w twoim filmie to przypadek? 
- Nie, wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale... po co tepnęłaś tutaj się? 
Chyba nie zrozumiała. Kurde, znowu gadam... brak mi określenia. Na szczęście nie jak Yoda. W ogóle by mnie nie zrozumieli. 
- W sensie po co się przeteleportowałam?
- No. Jakoś tak... więc...?
- Cóż... w jednym, bardzo ważnym celu... zaczekaj chwilę...
Wyciągnęła rękę. Trzymała coś w niej... coś jak długopis... nacisnęła końcówkę i nagle było oślepiające, białe światło. No i zemdlałem straciłem przytomność.
___________________________________________________

Obudziłem się pod tym samym drzewem. Nachylała się nade mną jakaś dziwna platynka. Włosy miała zaczesane w warkocz. Ubrana była w jeansy i jasnoturkusową bluzkę z kotkiem. W zasadzie ok, ale jest -20°C. Jak ona może nosić takie ubranie, gdy jest tak zimno?! I kim ona w ogóle jest? I... gdzie mój patyk...??
- K-kim jesteś?
- Znasz mnie przecież.
Osłupiałem. Ja ją znam?! Od kiedy? Czy ja o czymś nie... ok, pytanie retoryczne. Patrzyła mi prosto w oczy. Nadzieja na jej twarzy powoli ustępowała miejsca triumfowi. Była wyraźnie happy. Ale dlaczego? I gdzie mój patyk?!
- Ja... skąd. Nie znam cię i ty...
- Jesteś pewien? - zmarszczyła brwi - tak całkowicie?
Skinąłem głową. Zaśmiała się. Świdrowała mnie swoimi błękitnymi oczami. Niemal się utopiłem. Kim ona jest?! A moja laska?!
- Nikim ważnym. Nie twój interes. A swojego pokręconego badyla nie dostaniesz. Po moim trupie.
- To się da załatwić.
- Nie odważysz się.
Bezczelnie wyszczerzyła zęby tuż przed moją twarzą. Tak chętnie bym ją walnął... gdyby była facetem.
- Dziewczyn nie biję.
- Tchórz.
Patrzyłem na nią z czystym gniewem, ale nie wywarło to na niej większego wrażenia. Przeciwnie, znowu się zaśmiała.
- Przypominasz mi kota, który próbuje złapać coś, co nie leży w zasięgu jego łap. Wścieka się. Jak ty.
- Wiesz, widziałem kiedyś równie interesujące widowisko. Kot bawił się myszą, żeby potem ją zjeść. Nie wyszło mu. Mysz uciekła. Ja też mogę się zwinąć.
- Nie możesz.
Uśmiechnęła się w taki dość... okrutny sposób. Nagle poczułem ucisk wokół nadgarstków. Szarpnąłem ręką i stwierdziłem, że jestem przyczepiony do czegoś. Uniosłem prawe ramię i zobaczyłem lodową obręcz, od której odchodził łańcuch. Mam powody aby podejrzewać, że drugi nadgarstek jest w takim samym stanie. Najprawdopobniej byłem przyczepiony do drzewa.
- Teraz tu sobie poczekasz...
Wstała. Za jej plecami pojawił się Pitch. Nagle zniknęli. To może oznaczać tylko jedno.
Mam kłopoty.
___________________________________________________

Hej.
Pierwszy rozdział zakończony. Spokojnie, nie będą pojawiać się codziennie :)
Napiszcie mi, co sądzicie :) jeśli macie coś do skrytykowania - śmiało! Jestem początkująca, więc chętnie ją przyjmę :)
Branoc!
Albo
Pa! :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Prolog

Mała dziewczynka biegła przez korytarz. Miękki, gruby dywan tłumił odgłos jej bosych stópek. Mężczyzna w kwiecie wieku siedział w skórzanym fotelu przy kominku.
- Tatusiu, nie mogę spać...
- No już... Koszmary prawda? Lisku, proszę, nie udawaj - zdenerwował się, widząc jak kręci głową.
- T-tak...
- No już, już. Będzie dobrze...
- Tato, nie kłam!
- Ale...
Elegancka kobieta w zielonej sukni spojrzała na niego złowrogo znad książki.
- Zaśpiewać ci kołysankę? Chodź, pośpiewam ci Lisku...
- Dobrze.
Dama śledziła wzrokiem wyprostowaną postać i małą, rudowłosą istotkę dopóki nie zniknęli gdzieś przy końcu korytarza.
__________________________________________________

Patrzył na nią zaskoczony. O czym ona mówi?!
- Skarbie, pojmaliśmy najgroźniejsze Koszmary... zostań! Proszę... Szarlotto Pitchiner, zaklinam cię, nic złego nam nie grozi...
- Nie wierzę ci! Zabieram Lisę do czasu, aż... zmądrzejesz.
- Nie! To również moje dziecko!
- Zasługuje na lepszego ojca. Żegnaj, Kozmotisie.
- Nie...
- Ne martw się tato... kiedyś wrócę. I pokonamy Cień.
- Liso! Chodź już!
Kozmotis obserwował oddalające się postaci oburzonej na cały świat brunetki i ognistowłosej, smutnej nastolatki. Po tym, jak wsiadły do wozu i zniknęły z jego oczu oraz życia, wrócił do domu. Zapowiadała się ciężka, samotna noc.
__________________________________________________

Sprawdzał cele. Minęło tyle czasu. Sam jak palec. Nagle usłyszał coś... coś co najmniej dziwnego. No bo w jaki niby sposób Liska znalazłaby się tu? Nie, na pewno się przesłyszał. Ale wtedy znowu... krzyk. Pojedynczy, cichy, oznaczający kłopoty krzyk. I odgłos uderzenia. Jeden, dwa, trzy, pięć, dziesięć! Walka. Biegł szybko, nie zatrzymywał się nawet na chwilę. Nagle ujrzał coś... nie do opisania. Jego córka, jego własna córka, tutaj! Byłby szczęśliwy, gdyby nie fakt, że jedna z cel była otwarta, a więzień właśnie groził poderżnięciem gardła jego Lisce. A tym więźniem był...
- Cieszę się, że znów się spotykamy, Generale.
- ...Cień.
- We własnej osobie. A skoro mam twoją kochaną córeczkę, to przejdźmy do interesów. Twoje ciało za dzieciaka.
- Moje ciało? Nie. Jako bezcielesny duch dość zła wyrządziłeś!
- No dobrze, więc...
Naciął jej skórę Ostrzem cienia. Ze stróżki krwi zaczął wylatywać jadowicie zielony dym, napełniając zdobienia na sztylecie. Cień oddalił trochę nóż i uwolnił trochę gazu, po czym wessał go przez otwór w miejscu ust.
- Nie ma to jak młody, delikatny strach, nie sądzisz...?
Lisa zadygotała. Była autentycznie przerażona. Kozmotis już wiedział, co może zrobić to Ostrze. Jedno jest pewne. Nic jej się nie może stać, nawet za cenę życia.
- Więc zabierz mnie. Ale pierwsza Lisa.
- W sensie Matka natura...? Dobrze. I tak nie uciekniesz.
Puścił ją. Zbliżył się do Pitchinera.
- Od tej pory Imię nasze będzie Pitch Black. Księżycu, pozwól mi wejść w sługę twej matki...
Dalej była tylko ciemność...
___________________________________________________

Hej!
Oto prolog, jest jaki jest i nie przejmujcie się, Jelsa będzie na pewno :) a skoro uznałam, że Pitch będzie dość ważną postacią, to właśnie na nim się skupiłam.
Dobranoc/dobry dzień!
Inaczej: pa! :)