Mała dziewczynka biegła przez korytarz. Miękki, gruby dywan tłumił odgłos jej bosych stópek. Mężczyzna w kwiecie wieku siedział w skórzanym fotelu przy kominku.
- Tatusiu, nie mogę spać...
- No już... Koszmary prawda? Lisku, proszę, nie udawaj - zdenerwował się, widząc jak kręci głową.
- T-tak...
- No już, już. Będzie dobrze...
- Tato, nie kłam!
- Ale...
Elegancka kobieta w zielonej sukni spojrzała na niego złowrogo znad książki.
- Zaśpiewać ci kołysankę? Chodź, pośpiewam ci Lisku...
- Dobrze.
Dama śledziła wzrokiem wyprostowaną postać i małą, rudowłosą istotkę dopóki nie zniknęli gdzieś przy końcu korytarza.
__________________________________________________
Patrzył na nią zaskoczony. O czym ona mówi?!
- Skarbie, pojmaliśmy najgroźniejsze Koszmary... zostań! Proszę... Szarlotto Pitchiner, zaklinam cię, nic złego nam nie grozi...
- Nie wierzę ci! Zabieram Lisę do czasu, aż... zmądrzejesz.
- Nie! To również moje dziecko!
- Zasługuje na lepszego ojca. Żegnaj, Kozmotisie.
- Nie...
- Ne martw się tato... kiedyś wrócę. I pokonamy Cień.
- Liso! Chodź już!
Kozmotis obserwował oddalające się postaci oburzonej na cały świat brunetki i ognistowłosej, smutnej nastolatki. Po tym, jak wsiadły do wozu i zniknęły z jego oczu oraz życia, wrócił do domu. Zapowiadała się ciężka, samotna noc.
__________________________________________________
Sprawdzał cele. Minęło tyle czasu. Sam jak palec. Nagle usłyszał coś... coś co najmniej dziwnego. No bo w jaki niby sposób Liska znalazłaby się tu? Nie, na pewno się przesłyszał. Ale wtedy znowu... krzyk. Pojedynczy, cichy, oznaczający kłopoty krzyk. I odgłos uderzenia. Jeden, dwa, trzy, pięć, dziesięć! Walka. Biegł szybko, nie zatrzymywał się nawet na chwilę. Nagle ujrzał coś... nie do opisania. Jego córka, jego własna córka, tutaj! Byłby szczęśliwy, gdyby nie fakt, że jedna z cel była otwarta, a więzień właśnie groził poderżnięciem gardła jego Lisce. A tym więźniem był...
- Cieszę się, że znów się spotykamy, Generale.
- ...Cień.
- We własnej osobie. A skoro mam twoją kochaną córeczkę, to przejdźmy do interesów. Twoje ciało za dzieciaka.
- Moje ciało? Nie. Jako bezcielesny duch dość zła wyrządziłeś!
- No dobrze, więc...
Naciął jej skórę Ostrzem cienia. Ze stróżki krwi zaczął wylatywać jadowicie zielony dym, napełniając zdobienia na sztylecie. Cień oddalił trochę nóż i uwolnił trochę gazu, po czym wessał go przez otwór w miejscu ust.
- Nie ma to jak młody, delikatny strach, nie sądzisz...?
Lisa zadygotała. Była autentycznie przerażona. Kozmotis już wiedział, co może zrobić to Ostrze. Jedno jest pewne. Nic jej się nie może stać, nawet za cenę życia.
- Więc zabierz mnie. Ale pierwsza Lisa.
- W sensie Matka natura...? Dobrze. I tak nie uciekniesz.
Puścił ją. Zbliżył się do Pitchinera.
- Od tej pory Imię nasze będzie Pitch Black. Księżycu, pozwól mi wejść w sługę twej matki...
Dalej była tylko ciemność...
___________________________________________________
Hej!
Oto prolog, jest jaki jest i nie przejmujcie się, Jelsa będzie na pewno :) a skoro uznałam, że Pitch będzie dość ważną postacią, to właśnie na nim się skupiłam.
Dobranoc/dobry dzień!
Inaczej: pa! :)
Łosz ty w pytkę, trzeci fragment po prostu wymiata!
OdpowiedzUsuńOczywiście dwa pierwsze też są super ^^
A teraz dobranoc! ;*
Dzięki :) cieszę się, że komuś się podobają moje marne, bo pierwsze, wypociny :)
UsuńZ chęcią będę czytać Twojego bloga. Prolog nadzwyczaj bardzo interesujący :D Czekam na rozdział. Pozdrawiam i spoooro weny!!
OdpowiedzUsuń~Alissa
Naprawdę dziękuję :D to dużo dla mnie znaczy :) cieszę się, że ci się podoba.
UsuńDzięki za wenę! :)
Fajny prolog :)
OdpowiedzUsuńLecę czytać rozdział :)))