sobota, 10 września 2016

Zawieszam, kochani żywiciele!

Hej ludzie, tu wasz pasożyt :)

Co tu dużo mówić - zawieszam.
Nie usuwam bloga, aż tak źle nie jest xD po prostu... no ludzie (o ile jacyś są :P) tu już nic nie ma! Ten blog zdechł jak moja miłość do Jelsy - inaczej niż miłość do Harry'ego Pottera :)
A propos Harry'ego Pottera - czy ktoś zauważył, że "ostatnio" wrzuciłam cytat Dumbledora a napisałam, że to "własność" Syriusza Blacka? Nie? Ale mamy tu czytelników :P
Niedawno dostałam powiadomienie, że ktoś skomentował rozdział 4, co przypomniało mi o tym blogu. Patrzę - reklama bloga (Masz szczęście że to Drinny xD żartuję, i tak nie jestem zła :D). No i przeczytałam to co kiedyś tu wypisałam... nie jest źle, ale dobrze też nie jest. Wypaliłam się, najzwyczajniej w świecie wypaliłam się! No i co teraz? Ano zostawię ten blog tak jak jest :) i tyle.
Poza tym, mam plany na nowego bloga - chyba nie są złe :) sami ocenicie.
(Do kogo ja piszę? Tu przecież nikogo już nie ma...)

No dobra, z powodu braku kogokolwiek, kto to przeczyta, kończę ten bezsensowny wpis ;)

Sayonara, od waszej Anielskiej Pani! :*

(Jaki tam anioł czy blogerka... pasożyt zwykły! :P)

piątek, 15 kwietnia 2016

Rozdział 4 "Wspomnienia" + I'm sorry! xc

- Proszę cię, nie mów mi, że jestem teraz zła. Jack, ja też go nienawidzę.
- A mimo to przeszłaś na jego stronę.
- Nie przeszłam. Spójrz na moje oczy! Są złote? No chyba nie.
Cóż... No raczej nie. Ale na upartego znalazłoby się trochę złota...
- Jack, jeśli ja jestem zła, to ty jesteś gorszy od Pitcha!
- Obawiam się, że nie do końca rozumiem.
Chyba chciała strzelić facepalma. Złapała mnie za rękę i zabrała ją spod brody.
- A dlaczego nie rozumiesz?! Bo zrobił się z ciebie totalny Strażnik! Tylko wiara was obchodzi.
- Ja... Nie zostawiłem cię dla wiary...
- Nie, w ogóle. Ty na serio myślałeś, że jakieś dziecko cię wołało?! Ty na serio myślałeś, że ten lód nie jest cienki?! Ja się tam prawie utopiłam!
No i się wściekłem.
- Nie topiłaś się! Myślałem, że mogę cię zostawić! Jesteś jak dziecko! W łyżeczce wody byś zdechła!
- Nie wkurzaj mnie!
- Wypchaj się!
- Bo dostaniesz!
- Wiesz, rozumiem Yeti i Wielką Stopę, ale ty to już przesada!
Obraziła się. Wyglądała jak przedszkolak. Śmiać mi się chciało. Ee... Nienormalny jestem. Prychnąłem. Łypnęła na mnie jednym okiem i jeszcze bardziej się nadęła. Uśmiechnąłem się, oszraniając jej bluzę. Obejrzała ją uważnie, a ja rozbiłem śnieżynkę na jej twarzy. Błękitne kryształki zabłyszczały. Spojrzała mi w oczy bez wkurzonej miny. Żadnych złych emocji... ale pozytywnych w sumie też.
- Dobra, pogadajmy poważnie. Lód, woda i tak dalej nie zrobiłyby ci krzywdy, bo nad nimi panujesz. No i jesteś martwa. Ale i tak możesz zginąć...
- Wiem, Jack! Opowiedziałeś mi o Strażnikach.
O kurde.
- Ee... No, może ci coś tam powiedziałem...
- Nie coś. Wiem, na przykład, że bez tego swojego patyka długo nie pożyjesz.
Ups?
- Coś jeszcze ci mówiłem?
- Wszystko.
Kłopoty, mam kłopoty! North mnie przerobi na mielonkę, doda do spagethii i da elfom na pożarcie!
- Ee... Czyli?
- Jaki jest mój przedmiot mocy?
O nie, nie, nie, nie, nie!
- Um... Wiesz... Musisz go sama odkryć... Znalazłaś coś po śmierci?
Zamyśliła się.
- Tak... Medalion. - sięgnęła do kieszeni bluzy - To taki otwierany zegarek. Ma związek z przeszłością, nie?
O tym też wspominałem?! No to skończę jako dodatek do ciasteczek.
- No tak... A pamiętasz coś?
Spuściła głowę.
- Bardzo niewiele. Najpierw uczucie, że komuś coś grozi, a ja nie mogę mu pomóc. Potem strach o wszystkich... A na końcu pamiętam mojego ojca i cień. Taki materialny. Dziwne, nie?
Westchnąłem.
- No dziwne... i co ja mam zrobić? North mnie zabije!!
Stłumiła śmiech.
- Najwyżej przerobi na kostki lodu i zrobi Ice Tea.
- A prawda, o tym nie pomyślałem. Albo mnie zmiksuje i stworzy koktajl "Strażnik Zabawy". Już czuję ten smak radości.
Nie wytrzymała, roześmiała się. No, mały sukces. Zapadła cisza.
- Co z twoją "rodzinką"?
- Strażni...
Nagle do pokoju wszedł North z szerokim uśmiechem na twarzy, który niemal natychmiast zbladł.
- Co tu robi ta... ta Warrier?!
 Ojć. North, właśnie wbiłeś sobie ostatni gwóźdź do trumny. Brawo. A teraz oddaj mi młotek i idź na ścięcie, bo to najłagodniejszy wyrok. Lisa była teraz równie czerwona, co jej włosy.
- Warrier, tak? Nie ma co, ładnie gadasz Strażniku!
- Co tu się... Warrier! - brawo Zając, to się popisałeś! - Wynoś się, krwiopijco!
- Nie piję krwi. Nigdy w życiu! To właśnie te wasze chore domysły!
 Kiedy malutka roślinka w doniczce ciut podrosła i wyrosła jej uzębiona szczęka, postanowiłem wkroczyć. Podeszłem do Lisy, kładąc jej rękę na ramieniu. Spojrzała na mnie pytająco.
- Lisek, spokojnie. Nie będziesz mi tu chyba wariować, co?
Wyszczerzyła się w odpowiedzi.
- Nie, mój drogi. Przytrzymaj swoich kolegów, a nikomu nie stanie się krzywda.
- Oni nie są tacy źli...
- Prawda! - wtrącił Zając
- ...na jakich wyglądają - dokończyłem, piorunując go wzrokiem.
- Jack? - proszę, Tooth, bądź w porządku! - Jack? Gdzie... to jedna z nich, prawda?
Spojrzałem na nią błagalnie. Podleciała.
- N-North? Ona tam leci.
- Widzę.
- To źle, prawda?
- Owszem.
- Robimy coś?
Tooth odwróciła głowę i wzrokiem kazała im się zamknąć.
- Chyba nie.
 Przyjrzała się Lisie.
- Jesteś ich wychowanką, prawda? Jacy oni są?
- Zimni, ale niektórzy starają się być sympatyczni.
Wróżka westchnęła.
- Oj tak, jeśli chcą, to potrafią być mili... Mów dalej.
- Są nieziemsko piękni, wiesz. Żywią się...
- Krwią! To krew, prawda? - zamknij się, Zając.
- Owocami krwi.
- No właśnie!... Chwila, skąd to wiesz, Tooth?
Uśmiechnęła się i wzięła Lisę za ręce.
- Widzisz... dobrze wiesz, że każde z nas kiedyś było człowiekiem. - North i Zając słuchali niezwykle uważnie, co ma do powiedzenia Strażniczka Wspomnień - Czy żyje jeszcze wampir o imieniu Darien?
- Oczywiście! Jest bardzo miły i spokojny, taki po prostu ludzki. Opowiadał mi o jakiejś niezwykle pięknej kobiecie, którą pokochał, a która potem umarła... - nagle coś jej przyszło do głowy - to ty byłaś tą kobietą?
Tooth uśmiechnęła się radośnie.
- Z niezwykle piękną przesadził, ale... tak. To ja! Przynajmniej za życia... - posmutniała - ja przecież nie żyję. A nawet jeśli można to tak nazwać, jestem inna niż byłam.
 Uznałem za stosowne nie wtrącać się do tej rozmowy i nie przerywać. Kurde, gdybym wiedział... no ale nie wiedziałem.
- Tooth... - ou... North nie podziela mojego zdania - o czym ty gadasz?! Jesteś Strażniczką Wspomnień! Nie powinnaś mieć tajemnic co do przeszłości.
 No, teraz to po prostu muszę się wtrącić.
- Ee... mamy problem. Bo ja chyba nie jestem Strażnikem -  cztery pary oczu spojrzały na mnie pytająco - no... ciągle robicie wielką tajemnicę z tej swojej przeszłości... i teraz mówicie, że Strażnicy nie mają tajemnic... - urwałem, kiedy zerknąłem na Northa.
- JA TAK NIE POWIEDZIAŁEM! JA MÓWIĘ, ŻE STRAŻNICZKA WSPOMNIEŃ NIE MOŻE MIEĆ TAJEMNIC!!!
- A czemu nie?!! Mam swoje sekrety i NIKOMU, słyszysz? NIKOMU ICH NIE POWIEM!
O ja cię... ale akcja. Nie miałem pojęcia, że Tooth może się postawić Northowi! No nie, co tu się działo! Strażnicy wrzeszczeli na siebie, miniwróżki (wszędzie się przyplątają...) latały zaniepokojone, a ja i Lisa rozkminialiśmy drogę ucieczki. No nie powiem, coś tam już mieliśmy, kiedy nagle Księżyc zaszczycił nas swoją obecnością. Oczywiście wszyscy się dalej kłócili, bo kto by tam na okna patrzył. Próbowałem zwrócić ich uwagę, to na mnie naskoczyli i oskarżyli o całe zło na świecie. O Mroka także, bo czemu by nie. To moja wina, że stworzył go... no właśnie nasz Księżyc! Którego aktualnie mamy w głębokim poważaniu. Brawo my. A raczej brawo oni. W końcu Lisa nie wytrzymała. Z dość głośnym "zamknijcie się" rozdzieliła ich pnączami i wskazała ręką okno. Od razu się uciszyli, jak na komendę w nie spoglądając. North był jakby lekko zagubiony.
- Ee... pan Księżyc! Dobry...a noc?
Brawo North, umiesz zatrzeć złe wrażenie. Księżyc wysłał taką wiązkę srebrnego światła, no wiecie. Niby dziwne, ale po tych... trzech? Chyba trzech dniach, nic mnie już nie zdziwi. Z tej wiązki powstał obraz chłopaka. Był dość młody. Taki nastolatek. Miał szarobiałe, potargane włosy i lśniąco srebrne oczy (spokojnie, miał nie tylko białka). Skórę miał jasno błękitną, taką bardziej chyba białą. Ubrany był w lśniącą, srebrną bluzę i podobne spodnie. Wyglądał jak postać widziana w lustrze... jak...
Jak ja...
- Kim jesteś? - chłopak nie przejął się Northem.
 Podchodził do mnie.
- Wtaj, Jack. - głos miał jasny, czysty - chyba wiesz kim jestem.
No jasne.
- Jesteś...

————————————————————————

Hello.
Zabijcie mnie. Zabijcie. Nie wiem, ile nie pisałam rozdziału, ale jak się dowiem to dopiszę. Kurde, ja cię kręcę, eh... Wy tak czekacie (ile zapomniało o istnieniu tego bloga? Śmiało, napiszcie w komach. To żaden wstyd. No, przynajmniej dla was... ;-;), a ja wam daję marne wypociny... Okay, zabijcie mnie, ożywcie, znowu zabijcie i jeszcze raz ożywcie, bo się nie dowiecie, co dalej. No, pozdrawiam i znikam!
Bye!

piątek, 5 lutego 2016

Rozdział 3 "Za dużo, za dużo... I trochę natury"

« Powieki uniosły się, pokazując szarobłękitne tęczówki z ledwo widocznym wzorem białego płatka śniegu. Na pewno są piękne, gdy się śmieją, ale w tym momencie były rozszerzone ze zdziwienia. Zamrugały.
- ...to Jack... Budzi się...
Do elfich, przedziwnych uszu dochodziły tylko strzępki jakiejś rozmowy.
- ...tak, ludzki... Czemu nie...
Uszy wychwyciły dwa głosy. Damski i męski. Nagle podleciała do niego jakaś zielona postać. Położyła mu drobną dłoń na czole, ale prawie natychmiast ją cofnęła.
- Masz gorączkę.
Brązowe brwi zmarszczyły się. Gorączka? Chłopak dotknął swoich białobrązowych włosów. Były mokre. Podobnie jak skóra. Topniał.
- Och, wpuśćcie mnie!
- Phill, chodź tu.
Słyszał ciężkie kroki i niezrozumiałe burczenie. Phill, yeti, był wściekły. Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i skrzypieniem. Czyjeś drobne i lekkie kroczki przebiegły odległość od drzwi do łóżka.
- Jack! Nigdy więcej... Nigdy!
Platynowa blondynka zaniosła się płaczem. Spojrzał, zszokowany.
- K... kim jesteśśś...
Podniosła wzrok, przerażona.
- Jack, to ja! Elsa!
- E-elsa...? Nie zzznam...
- Nie pamiętasz? Uczysz mnie, jak wykorzystać moc! A ja uczę ciebie. Nic nie pamiętasz?! Nie!
Wszystko zaczęło zamarzać.
- Zając miał rację... Nadzieja jest przereklamowana...
- K-kangur taak mówiłłł...? Onn... Nnie możżże...
Spojrzała na niego z nadzieją.
- Pamiętasz... Jack! Otwórz oczy! Jack!!! Obudź się... »
- Jack? Halo... O! Budzi się!
- Jack, widzisz mnie?
Otworzyłem oczy, ale po chwili zmrużyłem je. Wszystko było zbyt jasne. Słyszałem jakby zza zamkniętych na głucho drzwi. Wiem to, bo... Nie, nigdy nie podsłuchiwałem! Nieważne zresztą. W głowie mi huczało, co jest dość dziwne, ponieważ nie mam krwi. W końcu oczy jakoś się przestawiły, a uszy zaczęły słyszeć normalnie.
- Gdzie jestem? - wychrypiałem
- W naszym domu.
Dopiero teraz zauważyłem rudą. Obróciłem głowę. Przy mnie siedziała jeszcze jakaś czarnowłosa dziewczyna.
- Rue. Urosłaś. - nie kryłem zdziwienia. Osłupiała.
- Skąd mnie znasz?
- No coś ty. Jestem Jack Frost. Strażnik.
Prychnęła.
- Głupia bym była, gdybym nie wiedziała. Ale... chwila. Śnieżyca w lesie i tamta polana to ty?
- Tak. Pamiętasz. - nie miałem siły aby krzyczeć, czy coś - To fajnie. Co ty masz na bluzie...? Czy to...
Uniosłem się na łokciach, żeby lepiej widzieć. Alicja pomogła mi, opierając moją głowę na tym czymś przy kanapie, na którym się ręce opiera. Zakręciło mi się lekko w głowie. Mimo to przyjrzałem się błękitnej bluzie. Przez moment miałem głupią nadzieję, że to nie to, co myślę. Jedyne, co mi przyszło do głowy po zerknięciu to: "O nie! Kolejna psychofanka od Jelsy! Zabierać ją!". Powiedziałem jedynie:
- Jelsa. Znowu.
Zarumieniła się. Potarła ręką kark, a potem schowała obie ręce do kieszeni bluzy. Kev i Ala chyba odkryli, jak dziwna jest sytuacja, toteż szybko się wynieśli. Rue dalej się czerwieniła i gapiła w buty.
- Są ciekawsze rzeczy niż trampki.
Zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem, chyba coś kalkulując, po czym zaczęła obserwować muchę łażącą po suficie.
- Pomożesz mi wstać?
Zerknęła na mnie i podała mi rękę. Złapałem ją, jednocześnie dźwigając się z kanapy i stawiając stopy na podłodze. Cały czas pomagałem sobie drugą, wolną ręką. Szybko się opisuje, ale trwało to kilka dobrych minut. Równie dobrze mogłem nie mieć żadnej pomocy i kto wie, czy nie poszłoby mi to szybciej. W końcu jako-tako siedziałem, obiema rękami trzymając bolącą głowę. W sensie łokcie na kolana, dłonie na skronie... Nie czuję, kiedy rymuję... Tja... W każdym bądź razie, moja koleżanka tylko co jakiś czas okiem na mnie łypała. W końcu postanowiłem wstać. Wyciągnąłem ręce, wraz z pytającym spojrzeniem. Rue chyba postanowiła mnie zaakceptować, bo podała mi dłonie i... uwaga, uwaga... POMOGŁA MI PODNIEŚĆ SIĘ!
Kiedy stanąłem na nogi, trzymała mnie nadal i zrobiła kilka kroków do tyłu. Powtórzyłem ten ruch, z tym że do przodu i niemal upadłem. Złapała mnie, podźwignęła i ustawiła do pionu. Aż wstyd się przyznać, ale dla niej chyba jestem lekki jak piórko! No, swojej wagi nie zdradzę (65kg xD - ja; Ej! - Jack), ale pewni być możecie, że motylkiem nie jestem. Następne próby obyły się bez siniaków (częściowo dlatego, że lepiej utrzymywałem równowagę, a częściowo, ponieważ mnie łapała kilka centymetrów nad ziemią i podłogi nie pocałowałem), a ja coraz lepiej chodziłem. W końcu mogłem samodzielnie się poruszać. Usiadłem więc. Wszystko niby ustąpiło, ale nagle... nadgarstki mi zaczęły pulsować. Co ja, na perkusji gram, żeby rytmy wybijać?! Jak nie głowa, to ręce, i tak w kółko! Podniosłem dłonie do oczu i zobaczyłem coś dziwnego. Nie, łap mi nie odcięło, ani pulsu też nie mogłem wyczuć, bo ja taki skrzepłokrwisty jestem. No to co to było? Lód! Ja się pytam: jak?! Jak może ci ręka zamarznąć?! Znaczy, nie w tym sensie, cokolwiek tam sobie pomyśleliście. Chodzi mi o to, że na nadgarstkach, dokładnie tam, gdzie te durne kajdany przywarły do skóry, zobaczyłem pasek lodu o grubości mniej więcej milimetra. Szerokości centymetra. Mniej więcej.  Dziwne. Bardzo nawet. Odłożyłem podziwianie przedziwnego tego zjawiska na później i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Byłem w jakimś uroczym, błękitnym pokoiku. Na biurku z jasnego drewna leżał laptop, notatnik i kredki "w artysycznym nieładzie". Jedyna powierzchnia nadająca do siedzenia vel spania to fiołkowa sofa (nie liczę krzesła). Wszystkie meble były jasne. Ściany zostały obwieszone wizerunkami "Strażników Marzeń", "Krainy lodu" i zespołu BVB (no co?). Pokój był malutki, a wydawał się jeszcze mniejszy z powodu bałaganu. Rue krzątała się, zbierając porozwalane książki, rysunki i ubrania.
- Sorki za to.
- Już drugi raz tego dnia się rumienisz. Jesteś pewna, że to zdrowe?
W odpowiedzi tylko jeszcze bardziej się zaczerwieniła. Wrzuciła wszystko do szafy i zatrzasnęła drzwi.
- To nie jest sposób na czysty pokój. W takim bałaganie mnie chodzić uczyłaś. A jakbym się potknął?
- To bym cię złapała - burknęła.
- Albo uderzyłbym w podłogę.
- Bardziej by ucierpiała na tym upadku.
- Czyli uderzyłbym podłogę? Bidulka.
- Nie biedniejsza niż teraz. Kiedy ty ostatnio nogi myłeś?!
- Co?
Zmarszczyła nos, demonstrując jak bardzo śmierdzę. Ta rozmowa zeszła do poziomu... właśnie podłogi.
- Żartujesz?
- Nie. Dzisiaj weźmiesz swą pierwszą od 318...
- 320, a tak w...
- ...lat, prawdziwą, cywilizowaną kąpiel.
- Cywilizowane to są kanapki Jamie'go, jeśli zapomni posprzątać. Takie dwa tygodnie i bułka ci powie "dzień dobry", albo wynalezie koło.
Śmialiśmy się przez chwilę. Nie ma co, miła jest. A czy jest w miarę mądra [czytaj: mądrzejsza ode mnie], to wyjdzie w praniu.

Salon.
Rue i Alicja wydawały się rozluźnione, i nic, powtarzam, nic, nie zapowiadało kłótni na linii: "matka-córka". Nagle Ruda wyjęła zawleczkę.
- Będziecie musieli znieść swoje towarzystwo jeszcze przez jedną noc.
- Co?! On tu nocuje?!
Ala uśmiechnęła się blado. Granat szykował się do eksplozji.
- Wybacz. Tylko u ciebie jest kanapa.
- Rozkładana... Nie ma mowy! Dam mu nawet koc i poduszkę, może spać, ale na podłodze!
- Hal...
- To gość! Do tego Jack Frost!
- Hej...
- Ale na czym JA mam spać?!
- Zawsze zostaje podłoga.
Wskoczyłem na stół, zanim ktokolwiek zdążył odnieść jakiekolwiek obrażenia.
- Cisza!!!
Uspokoiły się.
- Przede wszystkim, nie muszę spać. Jedynie czasami jestem dość zmęczony, aby zasnąć.
Nadal nikt się nie odzywał. Może to z powodu szronu, który nagle pojawił się pod moimi stopami.
- A poza tym, podłoga jest nawet wygodna. Nie miałem dziś okazji się o tym przekonać - spojrzałem na Rue - ale tak mi się wydaje. A koc jest zbędny. W końcu Duch zimy jestem, z lodu i zimna mnie stworzyli! Więc na razie dajcie spokój, okej?
Po chwili milczenia odezwał się Kevin.
- Dobra, idę do sklepu.
Ala wykazała śladowe ilości zainteresowania.
- Gdzie?
- Niedaleko. Do Oakena.
- A wy czasem nie jesteście lekko... poprztykani?
- Jesteśmy. Dlatego pójdziesz że mną.
Ruda ożywiła się.
- Dobry pomysł! - zatrzymała się - Dzieciaki, poradzicie sobie?
Kiwnąłem głową. Nagle zauważyłem, że dalej stoję stoliku. Spróbowałem zejść, ale nadepnąłem na jakąś zbłąkaną filiżankę. Oczywiście ja i nieszczęsna skorupka zlecieliśmy z blatu, rozchlapując resztki kawy. Rue i jej matka zamarły, a blondyn śmiał się do rozpuku. Szkoda, że ten "rozpuk" nie nastąpi. Po chwili Ala zwróciła się do córki. - Słuchaj, Rue. Jako naj... naj...
- ...bardziej kompetentna - podsunąłem.
- Dzięki. Jako najbardziej kompetentna osoba w...
- ...moim wieku...
- ... w wieku Jack'a, wierzę, że: po pierwsze. Namówisz go na zostawienie w spokoju Bogu ducha winnych kubków, filiżanek, szklanek i innej zastawy stołowej. Po drugie. Niedługo pójdziesz spać.
- Chwila. Jak daleko jest ten sklep?
- Godzina drogi stąd. Teraz jest... - Rue zerknęła na zegar - 20.
- Okej. Na nas czas. Pa, dzieciaki!
"Pa, mamo!" i "Do widzenia!" rozległo się niemal w tej samej chwili. Kevin zmierzył mnie wzrokiem.
- Tylko niczego nie odrządź! Jeśli znajdę resztki jakiejkolwiek szklanki, to cię wyrzucę. Nie ważne, że jesteś kimś-tam-ważnym!
- Strażnikiem Marzeń. Jestem Strażnikiem Marzeń. Do widzenia.
- Mam cię na oku! - spojrzał na córkę - Pa, Smoczku!
- Nie nazywaj mnie tak!
Uśmiechnął się tylko i wyszedł. Rue usiadła na parapecie z kolanami pod brodą. Postanowiłem trochę się podrażnić.
- Hej Smoczku.
- Hej Słoniu.
- Słoniu?
- Rozwalasz porcelanę - brodą wskazała skorupki.
- A Smoczek?
- ten... oczy.
Podszedłem do niej i spojrzałem w nie. Były jadowicie zielone.
- Nosisz soczewki?
- Pyta człowiek z błękitnymi, śnieżnymi tęczówkami.
- Nie jestem człowiekiem.
Posłała mi spojrzenie typu: "no wow". Odlepiłem wzrok od jej twarzy i usiadłem po drugiej stronie parapetu (to taki długi parapet), wygodnie opierając się o ścianę. Patrzyła w okno.
- Zimno ci?
Spojrzała na mnie.
- Niby czemu?
Wzruszyłem ramionami. Zapatrzyłem się na drzewa.
- Może dlatego, że siedzę tuż obok.
Zrozumiała.
- Nie, w porządku.
Lekko uniosłem kąciki ust. Zerknąłem na nią. Ostre rysy złagodził sympatyczny uśmiech. Czerwone i czarne kosmyki odcinały się od białej skóry. Nie była brzydka. Lekko przypominała Pitcha, ale miała bardziej ludzką twarz.
- Biel i czerń. - rzuciłem.
Zmieszała się.
- Dobro i zło?
- Właśnie tak.
Przechyliła głowę, uśmiechając się ironicznie.
- Nikt ci nie powiedział?
- O czym?
- Nie znasz Harry'ego Pottera?!
Wskazała na plakat, którego wcześniej nie zauważyłem. Trójka dzieciaków. Wiadomo, Harry, Ron i Hermiona. Znam na pamięć wszystkie siedem tomów + filozofia. Ktoś by mógł pomyśleć, że North chce mnie do Hogwartu wysłać. Nie przeczę, sam mam takie wrażenie, kiedy po raz setny siadam do tego samego tomu, by napisać rozprawkę "Czy według ciebie to prawda, że profesor Dumbledore jest libertarianinem?". To samo jest w tej "Filozofii Harry'ego Pottera". Jak dla mnie - poglądy polityczne Albusa to czysty przypadek. Nikt nie kazał mu być libertarianinem, nawet wydaje mi się to po prostu zbiegiem okoliczności. No ludzie!
- Tak, znam, a co?
- Syriusz Black. Na temat dobra i zła.
- "Dobro i zło to nie czysta biel i czerń, tylko różne odcienie szarości" - wyrecytowałem. .
- No właśnie.
Nagle straciłem równowagę i spadłem. Chyba zemdlałem.
                        * * *
- Jaack! Haalo, Jaack! Jesteś tu?
- Co?
- Jak do słupa... idziesz spać? Musisz być padnięty, skoro nie potrafisz siedzieć.
- Ciekawa teoria.
Zaczerwieniła się. Stała nade mną. Spojrzałem na parapet.
- Czemu leżę na podłodze?
- No mówiłam już. Spadłeś.
- Aha.
Patrzyła na mnie i dalej była czerwona. Coś chciała mi powiedzieć.
- Słuchaj... mógłbyś być w moim pokoju, kiedy będę zasypiać? - wypaliła - znaczy... ostatnio... mam same... koszmary.
Zerwałem się z podłogi.
- Jasne!
Odetchnęła.
- Dzięki. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że nie uważasz mnie za... no wiesz... wariatkę.
Nagle coś mi się przypomniało. - Gdzie David?
- U dziadków. - widząc moją minę, dodała - Od strony Kevina, nie Ali.
- Okej. To jak? Idziesz spać?
- Taak... poczekaj tu.
Znów klapnąłem na parapet i podciągnąłem nogi. Obserwowałem, jak lata po całym domu, najpierw w poszukiwaniu piżamy, potem pasty do zębów, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach z łazienki... Na koniec stanęła przede mną i zasalutowała. Uśmiechnąłem się.
- Dobra, to teraz: do łóżka!
- Tak jest, oficerze Frost!
Obróciła się o 90° w prawo i odmaszerowała. Pomaszerowałem za nią. Zaprowadziła mnie do
Przystanąłem w progu i oparłem się o framugę drzwi, wkładając ręce do kieszeni bluzy.
 Podeszła do fiołkowej sofy i... no właśnie nic, bo zaczęła szukać pościeli. W końcu znalazła, ale była brudna. Wyglądała na padniętą. Rue, nie kołdra.
- Daj.
- No i co z tym zrobisz?
- Oj tam, po prostu daj.
- A idź mi.
W końcu niechętnie oddała kołdrę i zaczęła obserwować. Zacisnąłem palce. Po materiale rozbiegły się zawijasy lodu. Gdy dotarły do końca, eksplodowały razem z plamami, a potem wywiało wszystkie drobinki. Rue zaklaskała. Odebrała mi kołdrę i posłała sofę. Teraz ja też byłem zmęczony. Powoli kończyły mi się zapasy energii. Nie powinienem się popisywać. Wsunęła się pod (czystą) pościel.
- Zostaniesz?
- A gdzie mam iść?
- Okej. Ech... Nie chce mi się spać.
Podszedłem do niej i przycupnąłem na krawędzi kanapy. Usiadła.
- To o czym chcesz pogadać?
- Opowiedz mi, jak to jest - być Strażnikiem.
Zacząłem mówić. Opowiedziałem jej o Bazie Głównej na Biegunie Północnym. O Księżycu. O dzieciach i ich wrogu, Mroku. O ryzyku, wiążącym się z sercem. Z tym, że gdy zacznie bić, to staniesz się dawnym człowiekiem. O naszej roli. O bazach. O tym, że każdy się w czymś specjalizuje. Ja, na przykład, jestem Strażnikiem Zabawy. Starałem się niczego nie zapomnieć. Słuchała. Gdy skończyłem, długo milczeliśmy.
- Jest 23:30.
Patrzyła na mnie przerażona. Dopiero po chwili zrozumiałem.
- Sprowadzę ich. Nie martw się. Śpij.
Kiwnęła głową. Jestem pewien, że nie zaśnie. Nie musi nawet krzyżować palców.
Wstałem. Wyszedłem z pokoju, po czym wybiegłem z domu. Starannie zamknąłem drzwi na klucz i zacząłem biec. Noc była cicha. Przerażająca. Biegłem, nie zatrzymując się. Myślałem nad tym, kiedy skończą mi się siły. Już i tak byłem wolniejszy niż zwykle. Dość szybko znalazłem zguby. To aż dziwne. Podejrzane. Alicja nie mogła nawet ustać. Kiedy ich znalazłem, Kevin ją podtrzymywał. On też nie wyglądał najlepiej. Zzieleniał. Renifer stał, blondyn jednocześnie trzymał się go i obejmował na wpół żywą Alę.
Bez słowa wziąłem ją na ręce. Facetowi wyraźnie ulżyło.
Na jej szyi zauważyłem dziwne nacięcie. Dymiło z niego różnymi kolorami. Nie wiem, co to ma znaczyć, ale przez całą drogę cichym głosem pytała, czy Rue, Ewa i David żyją, ponadto wciąż musiałem ją zapewniać, że ja również żyję.
Dziwne.
Doszliśmy jakoś do domu. Rue, gdy tylko usłyszała o ranie, zbladła. Usiłując odwrócić moją uwagę, opowiadała jakieś głupoty o kotach, co jakiś czas zanosząc się histerycznym śmiechem. Ma ktoś może numer do psychiatryka? Tak, mówi to osoba, która... nie, jestem całkiem normalny! Prawda?
Po pewnym czasie zacząłem mieć dość całej tej paplaniny o persach. Chociaż, nie powiem, lubię te koty. Położyłem dłonie na jej ramionach.
- Mów. Coś ukrywasz.
Wydęła usta. Wyglądała jak taki przedszkolak, który się na coś uparł i tyle. Gdy przemówiła, miała nienaturalnie piskliwy głos.
- Co?! Nie! Jest okej! O czym ty mówisz?! A, no tak, nie powiedziałam ci, że wolę psy od kotów!
Zaniosła się chorobliwym śmiechem. Złapałem ją pod brodę i zmusiłem do spojrzenia mi w oczy. Zacząłem szeptać zaklęcie.
- C-co? O czym ty....
Skończyłem mamrotać.
- Zaklęcie ujawniające. Jeśli nic nie ukrywasz, nie bój się.
Nagle z jej włosów zaczął spływać czarny kolor, odsłaniając czerwone loki. Z jej policzków również spływały "łzy". Cały czas patrzyła na mnie swoimi "smoczymi" oczami. Niedługo potem siedziała przede mną taka, jaką powinna być. Truskawkowe włosy, biała skóra. Puściłem jej brodę i odsłoniłem szyję z mojej prawej. Srebrna blizna była dokładnie tam, gdzie powinna.
- Matka natura. Cóż za spotkanie.

czwartek, 14 stycznia 2016

Rozdział 2 "Istnieje, czy nie?"

Pewna parka obserwowała całą akcję zza krzaków.
- Anka, czemu tu siedzimy?
Rudowłosa dziewczyna nazwana Anką, spojrzała na chłopaka.
- Nie widzisz? Tam jest Jack!
- Nikogo. Nie. MA!
- Jest!
- Nie!
- Tak!
- Nie!
Kłócili się jeszcze przez chwilę. W końcu ruda odwróciła się, bo najwyraźniej nie miała ochoty na sprzeczki. Blondyn tymczasem zapierał się, że nikogo nie widzi, ale jedyną istotą, która go słuchała był renifer. Nagle zaczęło się coś dziać. Anna odwróciła szybko głowę i zacisnęła oczy. W tym samym czasie białe światło wymazywało wspomnienia Jack'a. Kiedy rudowłosa znów odważyła się zerknąć, było już po wszystkim, a Elsa chowała przedmiot do kieszeni. Anna musiała wsadzić sobie pięść do ust, aby nie krzyknąć. Spojrzała na naburmuszonego blondyna, aby przekazać mu informację, ale gdy zaczęła mówić, popatrzył na nią zdezorientowany. Nagle przypomniała sobie, że nie wyjęła ręki z ust. Natychmiast pozbyła się "knebla" i opowiedziała, co zobaczyła.
- A teraz pewnie Jack nie zna żadnej Elsy ani nie pamięta żadnej "Krainy lodu". Nie wie, że istniejemy.
- Fajna bajka.
- To samo czułam wśród "kamieni".
Znów rozgarnęła liście.
- Uważałaś mnie za obłąkanego?
- A ty uważasz mnie za świruskę?!
- ...no...
- No to tak.
_____________________________________

Wredna baba. Bardzo wredna. Tak wredna, że wredniejszej się nie da. Wredna i tyle. Znam jakieś inne słowa...? A tak. Wredota. Wiedźma.
A Mrok? Bezuczuciowy, durny dureń. Chociaż to bardziej do Kangura pasuje. Kurde, brak określenia...

Siedziałem skuty pod tym drzewem i myślałem o tym, jak chętnie bym walnął tą platynkę... oczywiście gdyby była facetem. Bo tak to nie... Czemu wrogów się nie wybiera...?
Kilkakrotnie usiłowałam zniszczyć te kajdany, ale nie mogłem. Po prostu.
Nagle usłyszałem szmery gdzieś w krzakach. Spróbowałem wstać, ale łańcuchy zabrzęczały tak głośno, że obudziłyby trupa. Dałem za wygraną. Te "ktosie" zbliżały się. A co jak to bałwany, albo Koszmary? Na szczęście okazali się miłą parą i reniferem. To on tak stukał kopytami. A ja myślałem, że Koszmary. Podeszli.
- Hej, nic ci nie jest, Jack?
Dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną. Za to chłopak był znudzony.
- Jestem pewien, że... co tu robią kajdany z lodu?!
- Odpoczywają.
Ruda uśmiechnęła się.
- Przynajmniej humoru nie straciłeś. Więc tak. Kim jesteś?
- Jack Frost, Strażnik zabawy. Po co pytasz?
- Więc nie całą pamięć... wiesz kim ja jestem?
- Niby skąd mógłbym wiedzieć? A właśnie. Jak masz na imię?
- Aa...alicja...
- Ok. A ten tu?
- To...
- Kevin. Jestem Kevin.
Ala zmierzyła blondyna wzrokiem.
- Widzisz go?
- Wybacz Aluś. Pojęcia nie miałem...
- Widzisz!
Dziewczyna podskoczyła klaszcząc w dłonie i uwiesiła się mu na szyi.
- Halo, skoro ustaliliśmy, że tu jestem, to może byście mi pomogli?
To aż dziwne, jak szybko można spoważnieć. Ala natychmiast puściła Kevina i otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu.
- Kev, weź te swoje... co to było?
- Dłuto. Dobra stary, zaraz będziesz wolny.
- Nie jestem stary! Mam jedynie 320 lat!
Poszedł do renifera. Skądś ich znam...
- To ty jesteś mamą Rue i Davida? - przytaknęła - cudowne dzieciaki. Szkoda tylko, że mama często psuje zabawę.
Naburmuszyła się, ale widać było jak próbuje ukryć uśmiech.
- Czasami przesadzasz. Mogą się przeziębić!
- Lubisz lód. Masz siostrę. Coś ukrywasz.
Speszyła się. Powiedziałem coś nie tak?
- Taaak... mam siostrę... to Eee...ewa. Tak, Ewa. Często się bawiłyśmy. Najbardziej kochałyśmy śnieg... - spochmurniała - pewnego dnia, Ewa ciężko zachorowała. Prawie zmarła. Żyje, ale jest gdzieś daleko... tam, gdzie jest "lepsze powietrze".
- Oups...
- Nie, spokojnie. Ty też nie miałeś lekko.
Nagle wrócił Kevin.
- No dobra ludzie...
- I duchy zimy.
- No dobra ludzie i duchy zimy... au!
Kopytny trzepnął go porożem.
- I renifery!
- I renifery. Zaraz będzie po wszystkim.
- Ok. Dzięki.
Wyszczerzył zęby. Uklęknął i zaczął rozbijać lód, ale wtedy...
_____________________________________

- Powtarzam po raz kolejny, nie ma szans, żeby uciekł!
- Są. I to duże. Elsuś, posłuchaj mnie...
- Nie! Moja siostra nie żyje! A ty doskonale o tym wiesz, Hans!
- Kotku...
- NIE KOTKUJ MI TU!!
- SPOKÓJ!!!
Spojrzeli w stronę drzwi. Mrok stał w nich i pocierał skronie. (opuszkami palców, jakby co)
- Dość! Jesteśmy sojusznikami. - podszedł do stołu i położył dłonie na blacie - chyba nie chcecie, abym zerwał sojusz? Jednym ruchem ręki mogę zesłać na was koszmary do końca życia. A tego byśmy nie chcieli...
Jego ironiczny głos jeszcze przez chwilę wisiał w powietrzu. W końcu Hans przerwał ciszę.
- Mam pomysł.
Elsa i Pitch spojrzeli na niego pytająco. Zwrócił się do platynki.
- Sprowadzisz tu Jack'a.
_____________________________________

Hej!
Mam nadzieję, że się spodoba :)
Nie martwcie się tym, że akcja szybko się rozwija. Tak naprawdę, tego wszystkiego będzie ogromna ilość. To dopiero początek ;)
Pa!

środa, 6 stycznia 2016

Rozdział 1 "Znowu kłopoty"

Siedzieć pod drzewem i gapić na okolicę, czego chcieć więcej? Tsa, genialne zajęcie sobie znalazłem, nie? Same nudy, śnieg, jezioro, drzewa, portal, drzewa, krzaki, mówiłem już, że drzewa? No. Chwila... wróć! Portal?! Chyba się w coś wpakowałem. Nawet siedzieć pod drzewem nie można bez żadnej afery?! Z tej dziury w powietrzu wyszła jakaś platynka. Zaraz. Jakaś? Nie, to ta Elsa z "Krainy lodu"! O kurka wodna. Mogę prosić o autograf?
- Hej.
- Hej. Będziesz siedzieć pod drzewem, czy wstaniesz i przywitasz się jak trzeba? 
- Jasne... 
Poderwałem się z ziemi i wyciągnąłem rękę. Uścisnęła ją krótko, po czym otarła rękę o spodnie. Mam nadzieję, że to tylko odruch. 
- Jestem Jack Frost... 
- Wiem. 
Powiedziała to najbardziej pogardliwie jak się dało. Chyba jednak to nie był odruch... 
- Jeden z tych "Strażników marzeń", tak? Strażnicy. W którym momencie oni czegokolwiek bronili, hm?! Niby kiedy? Zawsze byli czymś zajęci... nigdy nie poznali dzieci. Za to Pitch... on interesował się nimi. Wie tyle o małych, że zawstydziłby z łatwością wszystkich tych nudziarzy. 
- Uch... jasne. To ten... widziałem film. Scenariusz to twoje dzieło, czy twojej siostry? 
- Nie mam siostry. Tak, to mój scenariusz. 
- Aha... skąd pomysł na Annę?
- A tak jakoś... Jamie w twoim filmie to przypadek? 
- Nie, wszystko wydarzyło się naprawdę. Ale... po co tepnęłaś tutaj się? 
Chyba nie zrozumiała. Kurde, znowu gadam... brak mi określenia. Na szczęście nie jak Yoda. W ogóle by mnie nie zrozumieli. 
- W sensie po co się przeteleportowałam?
- No. Jakoś tak... więc...?
- Cóż... w jednym, bardzo ważnym celu... zaczekaj chwilę...
Wyciągnęła rękę. Trzymała coś w niej... coś jak długopis... nacisnęła końcówkę i nagle było oślepiające, białe światło. No i zemdlałem straciłem przytomność.
___________________________________________________

Obudziłem się pod tym samym drzewem. Nachylała się nade mną jakaś dziwna platynka. Włosy miała zaczesane w warkocz. Ubrana była w jeansy i jasnoturkusową bluzkę z kotkiem. W zasadzie ok, ale jest -20°C. Jak ona może nosić takie ubranie, gdy jest tak zimno?! I kim ona w ogóle jest? I... gdzie mój patyk...??
- K-kim jesteś?
- Znasz mnie przecież.
Osłupiałem. Ja ją znam?! Od kiedy? Czy ja o czymś nie... ok, pytanie retoryczne. Patrzyła mi prosto w oczy. Nadzieja na jej twarzy powoli ustępowała miejsca triumfowi. Była wyraźnie happy. Ale dlaczego? I gdzie mój patyk?!
- Ja... skąd. Nie znam cię i ty...
- Jesteś pewien? - zmarszczyła brwi - tak całkowicie?
Skinąłem głową. Zaśmiała się. Świdrowała mnie swoimi błękitnymi oczami. Niemal się utopiłem. Kim ona jest?! A moja laska?!
- Nikim ważnym. Nie twój interes. A swojego pokręconego badyla nie dostaniesz. Po moim trupie.
- To się da załatwić.
- Nie odważysz się.
Bezczelnie wyszczerzyła zęby tuż przed moją twarzą. Tak chętnie bym ją walnął... gdyby była facetem.
- Dziewczyn nie biję.
- Tchórz.
Patrzyłem na nią z czystym gniewem, ale nie wywarło to na niej większego wrażenia. Przeciwnie, znowu się zaśmiała.
- Przypominasz mi kota, który próbuje złapać coś, co nie leży w zasięgu jego łap. Wścieka się. Jak ty.
- Wiesz, widziałem kiedyś równie interesujące widowisko. Kot bawił się myszą, żeby potem ją zjeść. Nie wyszło mu. Mysz uciekła. Ja też mogę się zwinąć.
- Nie możesz.
Uśmiechnęła się w taki dość... okrutny sposób. Nagle poczułem ucisk wokół nadgarstków. Szarpnąłem ręką i stwierdziłem, że jestem przyczepiony do czegoś. Uniosłem prawe ramię i zobaczyłem lodową obręcz, od której odchodził łańcuch. Mam powody aby podejrzewać, że drugi nadgarstek jest w takim samym stanie. Najprawdopobniej byłem przyczepiony do drzewa.
- Teraz tu sobie poczekasz...
Wstała. Za jej plecami pojawił się Pitch. Nagle zniknęli. To może oznaczać tylko jedno.
Mam kłopoty.
___________________________________________________

Hej.
Pierwszy rozdział zakończony. Spokojnie, nie będą pojawiać się codziennie :)
Napiszcie mi, co sądzicie :) jeśli macie coś do skrytykowania - śmiało! Jestem początkująca, więc chętnie ją przyjmę :)
Branoc!
Albo
Pa! :)

wtorek, 5 stycznia 2016

Prolog

Mała dziewczynka biegła przez korytarz. Miękki, gruby dywan tłumił odgłos jej bosych stópek. Mężczyzna w kwiecie wieku siedział w skórzanym fotelu przy kominku.
- Tatusiu, nie mogę spać...
- No już... Koszmary prawda? Lisku, proszę, nie udawaj - zdenerwował się, widząc jak kręci głową.
- T-tak...
- No już, już. Będzie dobrze...
- Tato, nie kłam!
- Ale...
Elegancka kobieta w zielonej sukni spojrzała na niego złowrogo znad książki.
- Zaśpiewać ci kołysankę? Chodź, pośpiewam ci Lisku...
- Dobrze.
Dama śledziła wzrokiem wyprostowaną postać i małą, rudowłosą istotkę dopóki nie zniknęli gdzieś przy końcu korytarza.
__________________________________________________

Patrzył na nią zaskoczony. O czym ona mówi?!
- Skarbie, pojmaliśmy najgroźniejsze Koszmary... zostań! Proszę... Szarlotto Pitchiner, zaklinam cię, nic złego nam nie grozi...
- Nie wierzę ci! Zabieram Lisę do czasu, aż... zmądrzejesz.
- Nie! To również moje dziecko!
- Zasługuje na lepszego ojca. Żegnaj, Kozmotisie.
- Nie...
- Ne martw się tato... kiedyś wrócę. I pokonamy Cień.
- Liso! Chodź już!
Kozmotis obserwował oddalające się postaci oburzonej na cały świat brunetki i ognistowłosej, smutnej nastolatki. Po tym, jak wsiadły do wozu i zniknęły z jego oczu oraz życia, wrócił do domu. Zapowiadała się ciężka, samotna noc.
__________________________________________________

Sprawdzał cele. Minęło tyle czasu. Sam jak palec. Nagle usłyszał coś... coś co najmniej dziwnego. No bo w jaki niby sposób Liska znalazłaby się tu? Nie, na pewno się przesłyszał. Ale wtedy znowu... krzyk. Pojedynczy, cichy, oznaczający kłopoty krzyk. I odgłos uderzenia. Jeden, dwa, trzy, pięć, dziesięć! Walka. Biegł szybko, nie zatrzymywał się nawet na chwilę. Nagle ujrzał coś... nie do opisania. Jego córka, jego własna córka, tutaj! Byłby szczęśliwy, gdyby nie fakt, że jedna z cel była otwarta, a więzień właśnie groził poderżnięciem gardła jego Lisce. A tym więźniem był...
- Cieszę się, że znów się spotykamy, Generale.
- ...Cień.
- We własnej osobie. A skoro mam twoją kochaną córeczkę, to przejdźmy do interesów. Twoje ciało za dzieciaka.
- Moje ciało? Nie. Jako bezcielesny duch dość zła wyrządziłeś!
- No dobrze, więc...
Naciął jej skórę Ostrzem cienia. Ze stróżki krwi zaczął wylatywać jadowicie zielony dym, napełniając zdobienia na sztylecie. Cień oddalił trochę nóż i uwolnił trochę gazu, po czym wessał go przez otwór w miejscu ust.
- Nie ma to jak młody, delikatny strach, nie sądzisz...?
Lisa zadygotała. Była autentycznie przerażona. Kozmotis już wiedział, co może zrobić to Ostrze. Jedno jest pewne. Nic jej się nie może stać, nawet za cenę życia.
- Więc zabierz mnie. Ale pierwsza Lisa.
- W sensie Matka natura...? Dobrze. I tak nie uciekniesz.
Puścił ją. Zbliżył się do Pitchinera.
- Od tej pory Imię nasze będzie Pitch Black. Księżycu, pozwól mi wejść w sługę twej matki...
Dalej była tylko ciemność...
___________________________________________________

Hej!
Oto prolog, jest jaki jest i nie przejmujcie się, Jelsa będzie na pewno :) a skoro uznałam, że Pitch będzie dość ważną postacią, to właśnie na nim się skupiłam.
Dobranoc/dobry dzień!
Inaczej: pa! :)