piątek, 5 lutego 2016

Rozdział 3 "Za dużo, za dużo... I trochę natury"

« Powieki uniosły się, pokazując szarobłękitne tęczówki z ledwo widocznym wzorem białego płatka śniegu. Na pewno są piękne, gdy się śmieją, ale w tym momencie były rozszerzone ze zdziwienia. Zamrugały.
- ...to Jack... Budzi się...
Do elfich, przedziwnych uszu dochodziły tylko strzępki jakiejś rozmowy.
- ...tak, ludzki... Czemu nie...
Uszy wychwyciły dwa głosy. Damski i męski. Nagle podleciała do niego jakaś zielona postać. Położyła mu drobną dłoń na czole, ale prawie natychmiast ją cofnęła.
- Masz gorączkę.
Brązowe brwi zmarszczyły się. Gorączka? Chłopak dotknął swoich białobrązowych włosów. Były mokre. Podobnie jak skóra. Topniał.
- Och, wpuśćcie mnie!
- Phill, chodź tu.
Słyszał ciężkie kroki i niezrozumiałe burczenie. Phill, yeti, był wściekły. Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem i skrzypieniem. Czyjeś drobne i lekkie kroczki przebiegły odległość od drzwi do łóżka.
- Jack! Nigdy więcej... Nigdy!
Platynowa blondynka zaniosła się płaczem. Spojrzał, zszokowany.
- K... kim jesteśśś...
Podniosła wzrok, przerażona.
- Jack, to ja! Elsa!
- E-elsa...? Nie zzznam...
- Nie pamiętasz? Uczysz mnie, jak wykorzystać moc! A ja uczę ciebie. Nic nie pamiętasz?! Nie!
Wszystko zaczęło zamarzać.
- Zając miał rację... Nadzieja jest przereklamowana...
- K-kangur taak mówiłłł...? Onn... Nnie możżże...
Spojrzała na niego z nadzieją.
- Pamiętasz... Jack! Otwórz oczy! Jack!!! Obudź się... »
- Jack? Halo... O! Budzi się!
- Jack, widzisz mnie?
Otworzyłem oczy, ale po chwili zmrużyłem je. Wszystko było zbyt jasne. Słyszałem jakby zza zamkniętych na głucho drzwi. Wiem to, bo... Nie, nigdy nie podsłuchiwałem! Nieważne zresztą. W głowie mi huczało, co jest dość dziwne, ponieważ nie mam krwi. W końcu oczy jakoś się przestawiły, a uszy zaczęły słyszeć normalnie.
- Gdzie jestem? - wychrypiałem
- W naszym domu.
Dopiero teraz zauważyłem rudą. Obróciłem głowę. Przy mnie siedziała jeszcze jakaś czarnowłosa dziewczyna.
- Rue. Urosłaś. - nie kryłem zdziwienia. Osłupiała.
- Skąd mnie znasz?
- No coś ty. Jestem Jack Frost. Strażnik.
Prychnęła.
- Głupia bym była, gdybym nie wiedziała. Ale... chwila. Śnieżyca w lesie i tamta polana to ty?
- Tak. Pamiętasz. - nie miałem siły aby krzyczeć, czy coś - To fajnie. Co ty masz na bluzie...? Czy to...
Uniosłem się na łokciach, żeby lepiej widzieć. Alicja pomogła mi, opierając moją głowę na tym czymś przy kanapie, na którym się ręce opiera. Zakręciło mi się lekko w głowie. Mimo to przyjrzałem się błękitnej bluzie. Przez moment miałem głupią nadzieję, że to nie to, co myślę. Jedyne, co mi przyszło do głowy po zerknięciu to: "O nie! Kolejna psychofanka od Jelsy! Zabierać ją!". Powiedziałem jedynie:
- Jelsa. Znowu.
Zarumieniła się. Potarła ręką kark, a potem schowała obie ręce do kieszeni bluzy. Kev i Ala chyba odkryli, jak dziwna jest sytuacja, toteż szybko się wynieśli. Rue dalej się czerwieniła i gapiła w buty.
- Są ciekawsze rzeczy niż trampki.
Zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem, chyba coś kalkulując, po czym zaczęła obserwować muchę łażącą po suficie.
- Pomożesz mi wstać?
Zerknęła na mnie i podała mi rękę. Złapałem ją, jednocześnie dźwigając się z kanapy i stawiając stopy na podłodze. Cały czas pomagałem sobie drugą, wolną ręką. Szybko się opisuje, ale trwało to kilka dobrych minut. Równie dobrze mogłem nie mieć żadnej pomocy i kto wie, czy nie poszłoby mi to szybciej. W końcu jako-tako siedziałem, obiema rękami trzymając bolącą głowę. W sensie łokcie na kolana, dłonie na skronie... Nie czuję, kiedy rymuję... Tja... W każdym bądź razie, moja koleżanka tylko co jakiś czas okiem na mnie łypała. W końcu postanowiłem wstać. Wyciągnąłem ręce, wraz z pytającym spojrzeniem. Rue chyba postanowiła mnie zaakceptować, bo podała mi dłonie i... uwaga, uwaga... POMOGŁA MI PODNIEŚĆ SIĘ!
Kiedy stanąłem na nogi, trzymała mnie nadal i zrobiła kilka kroków do tyłu. Powtórzyłem ten ruch, z tym że do przodu i niemal upadłem. Złapała mnie, podźwignęła i ustawiła do pionu. Aż wstyd się przyznać, ale dla niej chyba jestem lekki jak piórko! No, swojej wagi nie zdradzę (65kg xD - ja; Ej! - Jack), ale pewni być możecie, że motylkiem nie jestem. Następne próby obyły się bez siniaków (częściowo dlatego, że lepiej utrzymywałem równowagę, a częściowo, ponieważ mnie łapała kilka centymetrów nad ziemią i podłogi nie pocałowałem), a ja coraz lepiej chodziłem. W końcu mogłem samodzielnie się poruszać. Usiadłem więc. Wszystko niby ustąpiło, ale nagle... nadgarstki mi zaczęły pulsować. Co ja, na perkusji gram, żeby rytmy wybijać?! Jak nie głowa, to ręce, i tak w kółko! Podniosłem dłonie do oczu i zobaczyłem coś dziwnego. Nie, łap mi nie odcięło, ani pulsu też nie mogłem wyczuć, bo ja taki skrzepłokrwisty jestem. No to co to było? Lód! Ja się pytam: jak?! Jak może ci ręka zamarznąć?! Znaczy, nie w tym sensie, cokolwiek tam sobie pomyśleliście. Chodzi mi o to, że na nadgarstkach, dokładnie tam, gdzie te durne kajdany przywarły do skóry, zobaczyłem pasek lodu o grubości mniej więcej milimetra. Szerokości centymetra. Mniej więcej.  Dziwne. Bardzo nawet. Odłożyłem podziwianie przedziwnego tego zjawiska na później i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Byłem w jakimś uroczym, błękitnym pokoiku. Na biurku z jasnego drewna leżał laptop, notatnik i kredki "w artysycznym nieładzie". Jedyna powierzchnia nadająca do siedzenia vel spania to fiołkowa sofa (nie liczę krzesła). Wszystkie meble były jasne. Ściany zostały obwieszone wizerunkami "Strażników Marzeń", "Krainy lodu" i zespołu BVB (no co?). Pokój był malutki, a wydawał się jeszcze mniejszy z powodu bałaganu. Rue krzątała się, zbierając porozwalane książki, rysunki i ubrania.
- Sorki za to.
- Już drugi raz tego dnia się rumienisz. Jesteś pewna, że to zdrowe?
W odpowiedzi tylko jeszcze bardziej się zaczerwieniła. Wrzuciła wszystko do szafy i zatrzasnęła drzwi.
- To nie jest sposób na czysty pokój. W takim bałaganie mnie chodzić uczyłaś. A jakbym się potknął?
- To bym cię złapała - burknęła.
- Albo uderzyłbym w podłogę.
- Bardziej by ucierpiała na tym upadku.
- Czyli uderzyłbym podłogę? Bidulka.
- Nie biedniejsza niż teraz. Kiedy ty ostatnio nogi myłeś?!
- Co?
Zmarszczyła nos, demonstrując jak bardzo śmierdzę. Ta rozmowa zeszła do poziomu... właśnie podłogi.
- Żartujesz?
- Nie. Dzisiaj weźmiesz swą pierwszą od 318...
- 320, a tak w...
- ...lat, prawdziwą, cywilizowaną kąpiel.
- Cywilizowane to są kanapki Jamie'go, jeśli zapomni posprzątać. Takie dwa tygodnie i bułka ci powie "dzień dobry", albo wynalezie koło.
Śmialiśmy się przez chwilę. Nie ma co, miła jest. A czy jest w miarę mądra [czytaj: mądrzejsza ode mnie], to wyjdzie w praniu.

Salon.
Rue i Alicja wydawały się rozluźnione, i nic, powtarzam, nic, nie zapowiadało kłótni na linii: "matka-córka". Nagle Ruda wyjęła zawleczkę.
- Będziecie musieli znieść swoje towarzystwo jeszcze przez jedną noc.
- Co?! On tu nocuje?!
Ala uśmiechnęła się blado. Granat szykował się do eksplozji.
- Wybacz. Tylko u ciebie jest kanapa.
- Rozkładana... Nie ma mowy! Dam mu nawet koc i poduszkę, może spać, ale na podłodze!
- Hal...
- To gość! Do tego Jack Frost!
- Hej...
- Ale na czym JA mam spać?!
- Zawsze zostaje podłoga.
Wskoczyłem na stół, zanim ktokolwiek zdążył odnieść jakiekolwiek obrażenia.
- Cisza!!!
Uspokoiły się.
- Przede wszystkim, nie muszę spać. Jedynie czasami jestem dość zmęczony, aby zasnąć.
Nadal nikt się nie odzywał. Może to z powodu szronu, który nagle pojawił się pod moimi stopami.
- A poza tym, podłoga jest nawet wygodna. Nie miałem dziś okazji się o tym przekonać - spojrzałem na Rue - ale tak mi się wydaje. A koc jest zbędny. W końcu Duch zimy jestem, z lodu i zimna mnie stworzyli! Więc na razie dajcie spokój, okej?
Po chwili milczenia odezwał się Kevin.
- Dobra, idę do sklepu.
Ala wykazała śladowe ilości zainteresowania.
- Gdzie?
- Niedaleko. Do Oakena.
- A wy czasem nie jesteście lekko... poprztykani?
- Jesteśmy. Dlatego pójdziesz że mną.
Ruda ożywiła się.
- Dobry pomysł! - zatrzymała się - Dzieciaki, poradzicie sobie?
Kiwnąłem głową. Nagle zauważyłem, że dalej stoję stoliku. Spróbowałem zejść, ale nadepnąłem na jakąś zbłąkaną filiżankę. Oczywiście ja i nieszczęsna skorupka zlecieliśmy z blatu, rozchlapując resztki kawy. Rue i jej matka zamarły, a blondyn śmiał się do rozpuku. Szkoda, że ten "rozpuk" nie nastąpi. Po chwili Ala zwróciła się do córki. - Słuchaj, Rue. Jako naj... naj...
- ...bardziej kompetentna - podsunąłem.
- Dzięki. Jako najbardziej kompetentna osoba w...
- ...moim wieku...
- ... w wieku Jack'a, wierzę, że: po pierwsze. Namówisz go na zostawienie w spokoju Bogu ducha winnych kubków, filiżanek, szklanek i innej zastawy stołowej. Po drugie. Niedługo pójdziesz spać.
- Chwila. Jak daleko jest ten sklep?
- Godzina drogi stąd. Teraz jest... - Rue zerknęła na zegar - 20.
- Okej. Na nas czas. Pa, dzieciaki!
"Pa, mamo!" i "Do widzenia!" rozległo się niemal w tej samej chwili. Kevin zmierzył mnie wzrokiem.
- Tylko niczego nie odrządź! Jeśli znajdę resztki jakiejkolwiek szklanki, to cię wyrzucę. Nie ważne, że jesteś kimś-tam-ważnym!
- Strażnikiem Marzeń. Jestem Strażnikiem Marzeń. Do widzenia.
- Mam cię na oku! - spojrzał na córkę - Pa, Smoczku!
- Nie nazywaj mnie tak!
Uśmiechnął się tylko i wyszedł. Rue usiadła na parapecie z kolanami pod brodą. Postanowiłem trochę się podrażnić.
- Hej Smoczku.
- Hej Słoniu.
- Słoniu?
- Rozwalasz porcelanę - brodą wskazała skorupki.
- A Smoczek?
- ten... oczy.
Podszedłem do niej i spojrzałem w nie. Były jadowicie zielone.
- Nosisz soczewki?
- Pyta człowiek z błękitnymi, śnieżnymi tęczówkami.
- Nie jestem człowiekiem.
Posłała mi spojrzenie typu: "no wow". Odlepiłem wzrok od jej twarzy i usiadłem po drugiej stronie parapetu (to taki długi parapet), wygodnie opierając się o ścianę. Patrzyła w okno.
- Zimno ci?
Spojrzała na mnie.
- Niby czemu?
Wzruszyłem ramionami. Zapatrzyłem się na drzewa.
- Może dlatego, że siedzę tuż obok.
Zrozumiała.
- Nie, w porządku.
Lekko uniosłem kąciki ust. Zerknąłem na nią. Ostre rysy złagodził sympatyczny uśmiech. Czerwone i czarne kosmyki odcinały się od białej skóry. Nie była brzydka. Lekko przypominała Pitcha, ale miała bardziej ludzką twarz.
- Biel i czerń. - rzuciłem.
Zmieszała się.
- Dobro i zło?
- Właśnie tak.
Przechyliła głowę, uśmiechając się ironicznie.
- Nikt ci nie powiedział?
- O czym?
- Nie znasz Harry'ego Pottera?!
Wskazała na plakat, którego wcześniej nie zauważyłem. Trójka dzieciaków. Wiadomo, Harry, Ron i Hermiona. Znam na pamięć wszystkie siedem tomów + filozofia. Ktoś by mógł pomyśleć, że North chce mnie do Hogwartu wysłać. Nie przeczę, sam mam takie wrażenie, kiedy po raz setny siadam do tego samego tomu, by napisać rozprawkę "Czy według ciebie to prawda, że profesor Dumbledore jest libertarianinem?". To samo jest w tej "Filozofii Harry'ego Pottera". Jak dla mnie - poglądy polityczne Albusa to czysty przypadek. Nikt nie kazał mu być libertarianinem, nawet wydaje mi się to po prostu zbiegiem okoliczności. No ludzie!
- Tak, znam, a co?
- Syriusz Black. Na temat dobra i zła.
- "Dobro i zło to nie czysta biel i czerń, tylko różne odcienie szarości" - wyrecytowałem. .
- No właśnie.
Nagle straciłem równowagę i spadłem. Chyba zemdlałem.
                        * * *
- Jaack! Haalo, Jaack! Jesteś tu?
- Co?
- Jak do słupa... idziesz spać? Musisz być padnięty, skoro nie potrafisz siedzieć.
- Ciekawa teoria.
Zaczerwieniła się. Stała nade mną. Spojrzałem na parapet.
- Czemu leżę na podłodze?
- No mówiłam już. Spadłeś.
- Aha.
Patrzyła na mnie i dalej była czerwona. Coś chciała mi powiedzieć.
- Słuchaj... mógłbyś być w moim pokoju, kiedy będę zasypiać? - wypaliła - znaczy... ostatnio... mam same... koszmary.
Zerwałem się z podłogi.
- Jasne!
Odetchnęła.
- Dzięki. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że nie uważasz mnie za... no wiesz... wariatkę.
Nagle coś mi się przypomniało. - Gdzie David?
- U dziadków. - widząc moją minę, dodała - Od strony Kevina, nie Ali.
- Okej. To jak? Idziesz spać?
- Taak... poczekaj tu.
Znów klapnąłem na parapet i podciągnąłem nogi. Obserwowałem, jak lata po całym domu, najpierw w poszukiwaniu piżamy, potem pasty do zębów, która zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach z łazienki... Na koniec stanęła przede mną i zasalutowała. Uśmiechnąłem się.
- Dobra, to teraz: do łóżka!
- Tak jest, oficerze Frost!
Obróciła się o 90° w prawo i odmaszerowała. Pomaszerowałem za nią. Zaprowadziła mnie do
Przystanąłem w progu i oparłem się o framugę drzwi, wkładając ręce do kieszeni bluzy.
 Podeszła do fiołkowej sofy i... no właśnie nic, bo zaczęła szukać pościeli. W końcu znalazła, ale była brudna. Wyglądała na padniętą. Rue, nie kołdra.
- Daj.
- No i co z tym zrobisz?
- Oj tam, po prostu daj.
- A idź mi.
W końcu niechętnie oddała kołdrę i zaczęła obserwować. Zacisnąłem palce. Po materiale rozbiegły się zawijasy lodu. Gdy dotarły do końca, eksplodowały razem z plamami, a potem wywiało wszystkie drobinki. Rue zaklaskała. Odebrała mi kołdrę i posłała sofę. Teraz ja też byłem zmęczony. Powoli kończyły mi się zapasy energii. Nie powinienem się popisywać. Wsunęła się pod (czystą) pościel.
- Zostaniesz?
- A gdzie mam iść?
- Okej. Ech... Nie chce mi się spać.
Podszedłem do niej i przycupnąłem na krawędzi kanapy. Usiadła.
- To o czym chcesz pogadać?
- Opowiedz mi, jak to jest - być Strażnikiem.
Zacząłem mówić. Opowiedziałem jej o Bazie Głównej na Biegunie Północnym. O Księżycu. O dzieciach i ich wrogu, Mroku. O ryzyku, wiążącym się z sercem. Z tym, że gdy zacznie bić, to staniesz się dawnym człowiekiem. O naszej roli. O bazach. O tym, że każdy się w czymś specjalizuje. Ja, na przykład, jestem Strażnikiem Zabawy. Starałem się niczego nie zapomnieć. Słuchała. Gdy skończyłem, długo milczeliśmy.
- Jest 23:30.
Patrzyła na mnie przerażona. Dopiero po chwili zrozumiałem.
- Sprowadzę ich. Nie martw się. Śpij.
Kiwnęła głową. Jestem pewien, że nie zaśnie. Nie musi nawet krzyżować palców.
Wstałem. Wyszedłem z pokoju, po czym wybiegłem z domu. Starannie zamknąłem drzwi na klucz i zacząłem biec. Noc była cicha. Przerażająca. Biegłem, nie zatrzymując się. Myślałem nad tym, kiedy skończą mi się siły. Już i tak byłem wolniejszy niż zwykle. Dość szybko znalazłem zguby. To aż dziwne. Podejrzane. Alicja nie mogła nawet ustać. Kiedy ich znalazłem, Kevin ją podtrzymywał. On też nie wyglądał najlepiej. Zzieleniał. Renifer stał, blondyn jednocześnie trzymał się go i obejmował na wpół żywą Alę.
Bez słowa wziąłem ją na ręce. Facetowi wyraźnie ulżyło.
Na jej szyi zauważyłem dziwne nacięcie. Dymiło z niego różnymi kolorami. Nie wiem, co to ma znaczyć, ale przez całą drogę cichym głosem pytała, czy Rue, Ewa i David żyją, ponadto wciąż musiałem ją zapewniać, że ja również żyję.
Dziwne.
Doszliśmy jakoś do domu. Rue, gdy tylko usłyszała o ranie, zbladła. Usiłując odwrócić moją uwagę, opowiadała jakieś głupoty o kotach, co jakiś czas zanosząc się histerycznym śmiechem. Ma ktoś może numer do psychiatryka? Tak, mówi to osoba, która... nie, jestem całkiem normalny! Prawda?
Po pewnym czasie zacząłem mieć dość całej tej paplaniny o persach. Chociaż, nie powiem, lubię te koty. Położyłem dłonie na jej ramionach.
- Mów. Coś ukrywasz.
Wydęła usta. Wyglądała jak taki przedszkolak, który się na coś uparł i tyle. Gdy przemówiła, miała nienaturalnie piskliwy głos.
- Co?! Nie! Jest okej! O czym ty mówisz?! A, no tak, nie powiedziałam ci, że wolę psy od kotów!
Zaniosła się chorobliwym śmiechem. Złapałem ją pod brodę i zmusiłem do spojrzenia mi w oczy. Zacząłem szeptać zaklęcie.
- C-co? O czym ty....
Skończyłem mamrotać.
- Zaklęcie ujawniające. Jeśli nic nie ukrywasz, nie bój się.
Nagle z jej włosów zaczął spływać czarny kolor, odsłaniając czerwone loki. Z jej policzków również spływały "łzy". Cały czas patrzyła na mnie swoimi "smoczymi" oczami. Niedługo potem siedziała przede mną taka, jaką powinna być. Truskawkowe włosy, biała skóra. Puściłem jej brodę i odsłoniłem szyję z mojej prawej. Srebrna blizna była dokładnie tam, gdzie powinna.
- Matka natura. Cóż za spotkanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz